Prof. Andrzej DorobiszMIEĆ W SOBIE LUDZKIE CIEPŁO

Aleksandra Orman
08.11.2010

 

Rozmowa z prof. Andrzejem Dorobiszem, konsultantem krajowym ds. spraw chirurgii naczyniowej

Po raz drugi już z inicjatywy Szpitala Bonifratrów w Krakowie, w październiku zorganizowane zostały warsztaty naukowe, których przedmiotem były nowoczesne techniki w zakresie chirurgii naczyń i chirurgii ogólnej. Trwały trzy dni i składały się z ćwiczeń na symulatorach chirurgicznych oraz wykładów połączonych z transmisjami z zabiegów odbywających się w tym samym czasie w salach operacyjnych bonifraterskiego szpitala.

Jak Pan Profesor ocenia potrzebę organizowania takich konferencji-warsztatów?

- Są bardzo potrzebne. Drukowanie podręcznika trwa długo, liczba doniesień naukowych w literaturze fachowej jest ogromna, lekarz zwykle nie ma czasu, by się z tym wszystkim zapoznać, wszystko to ogarnąć. Natomiast na takie konferencje bywają zapraszane naukowe autorytety medyczne, które niejako w pigułce przekazują słuchaczom całą tę wiedzę. Myślę, że takie konferencje-warsztaty to jest przyszłość w zakresie form kształcenia się lekarzy, i to nie tylko w Polsce, ale praktycznie biorąc na całym świecie. Spotkania umożliwiają ponadto wymianę doświadczeń, także tych opartych na różnych niekorzystnych zdarzeniach, niekiedy na błędach, do których najtrudniej się przyznać. Jest to tym cenniejsze, że pozwala innym uniknąć podobnych błędów. Spotkania takie stają się dla lekarza okazją nie tylko do poszerzania wiedzy, ale też okazją do własnych przemyśleń. Wielka w tym zasługa dyr. Krobickiego. Dzięki jego inwencji i zaangażowaniu wszystko zostało znakomicie przygotowane i zorganizowane.

Czy można powiedzieć, że choroby naczyniowe rozpowszechniły się dziś tak dalece, że stały się plagą współczesnej cywilizacji?

- Nie uznałbym chorób naczyniowych za choroby cywilizacyjne. Towarzyszyły człowiekowi od zawsze. Jeśli teraz pojawiają się częściej, to wiąże się to ze znacznym wydłużeniem się ludzkiego życia. W porównaniu do lat 50. średnia wieku wzrosła obecnie o jakieś 25-30 lat. Tła tych chorób nie znamy. Dawniej uważane były za choroby degeneracyjne, w tej chwili traktuje się je jako swoisty proces zapalny, niewątpliwie związany z długością życia. Im dłużej żyjemy, tym większe są zmiany miażdżycowe, czyli uszkodzenia śródbłonka naczyniowego, ścian naczynia, co prowadzi do powstania w początkowym okresie zwężeń, a później zamknięć. Jeśli proces dokonuje się powoli, nasz ustrój, który dysponuje ogromnymi mechanizmami kompensacyjnymi, potrafi wytworzyć krążenia oboczne w miejscu zamknięć, co prowadzi do wyrównania krążenia - nie jest ono tak doskonałe jak naturalne, ale jest. Natomiast w przypadku nagłych zamknięć dochodzi do zdarzeń dramatycznych, które kończą się w różnych obszarach krążenia albo udarem mózgu, albo zawałem serca, albo u pacjentów z niedokrwieniem kończyn dolnych możliwością utraty kończyny.

Czy to znaczy, że choroby naczyniowe są chorobami wieku późniejszego, nie zapadają na nie ludzie młodsi, tacy przed 40. rokiem życia? Czy można się jakoś przed nimi chronić?

- Niestety, jak wszelkie choroby, dotyczą one także ludzi młodych. Niekiedy bywają wynikiem błędu genetycznego, jak np. choroba Marfana, która dotyczy ludzi nawet bardzo młodych. Dotychczas też uważało się, że na choroby naczyniowe zapadają głównie mężczyźni. W tej chwili coraz wyraźniej widać przesuwanie się zapadalności na te choroby w kierunku kobiet.

- Niektórzy naukowcy miażdżycę nazywają "rakiem" naczyń, jest bowiem procesem nieodwracalnym, nie potrafimy jej wyleczyć. To, o czym mówimy, jest jedynie leczeniem objawów - zwężenia, zamknięcia, a także poprawą komfortu życia. Znamy pewne przyczyny tych chorób, dzielimy je na odwracalne, częściowo odwracalne i nieodwracalne. Genetykę czy płeć uważamy za czynniki nieodwracalne. Odwracalne to np. niektóre schorzenia, w tym cukrzyca, którą powoli zaczynamy umieć leczyć. Do czynników całkowicie odwracalnych zaliczamy styl życia, aktywność, rzucenie palenia papierosów, zmianę diety - wszystkie to potrafi spowodować, że proces chorobowy zostaje zatrzymany. Nie cofa się, tylko zostaje zatrzymany. Mówienie, że potrafimy te choroby wyleczyć, byłoby zbytnim zadzieraniem nosa. Być może w chirurgii odczuwa się to w sposób szczególny. Chirurg bowiem w swoim życiu zawodowym przechodzi trzy okresy - pierwszy, kiedy nic nie może zrobić, niczego zoperować, drugi, kiedy już wszystko możliwe zabiegi wykonał i trzeci, kiedy potrafi zdyskwalifikować pacjenta do operacji.

- Nie zakwalifikować, a właśnie - zdyskwalifikować. Oczywiście, decyzja taka jest wynikiem ogromnego doświadczenia, ale też pokory w stosunku do tego, co się już zrobiło i co można jeszcze osiągnąć. Naturalnie, wszystko musi być podparte o prawdziwą, rzetelną wiedzę.

I także o tę znakomitą aparaturą, którą technika wygenerowała i oddała w ręce lekarzy.

- Ogromny postęp nauki spowodował, że w życiu lekarzy, zwłaszcza chirurgów, zmieniło się bardzo wiele. O ile dawnym chirurgom techniki, których wyuczyli się w młodości, wystarczyły do końca życia, o tyle obecnie chirurg stale musi się uczyć nowych technik, czyli jakby uczyć się ich po raz drugi i po raz trzeci. Ja sam używam, uczę się właśnie trzeciej techniki postępowania, a przecież nie żyję jeszcze tak długo.

Ten postęp w zakresie technik chirurgicznych daje jednak lekarzowi możliwość skuteczniejszego leczenia.

- Jestem niezwykle szczęśliwy, że żyję w czasach tak wielkiego postępu technicznego, który mnie, lekarzowi, daje zupełnie nowe narzędzia w zakresie diagnostyki, operowania, w zakresie interwencji wewnątrznaczyniowej, a zatem pomaga mi zwiększyć skuteczność pomocy. A na tym przecież polega sens pracy każdego lekarza, także chirurga. Każdy z nas pragnie osiągnąć ze swej pracy jakąś satysfakcję, a w chirurgii równie łatwo o satysfakcję, jak i o poczucie klęski. Naturalnie, są to klęski pacjenta, które my, chirurdzy bardzo mocno przeżywamy. Znamy swoich pacjentów, rozmawiamy z nimi, z ich rodzinami. W czasie tych rozmów nawiązuje się nić sympatii, co sprawia, że jeśli coś się nie powiedzie, klęska pozostaje na długo w pamięci.

- Zawód chirurga jest zawodem tyleż emocjonującym, co emocjonalnym, dlatego go zresztą wykonuję. Tak właśnie myśli o nim wielu chirurgów, wielu rasowych chirurgów - muszą mieć odpowiedni temperament, odpowiednią w sobie moc, żeby te wszystkie, niekiedy bardzo trudne zdarzenia przeżyć, a równocześnie muszą się stale kształcić. Lekarz, który się nie kształci, pozostaje w tyle.

Jak te nowoczesne metody działania chirurgów naczyniowych można przybliżyć zwykłemu człowiekowi w obecnej, trudnej sytuacji służby zdrowia w Polsce? W swym wystąpieniu podsumowującym warsztaty mówił Pan o tworzeniu centrów naczyniowych, będących syntezą działań lekarzy różnych specjalności.

- Kiedyś jeden człowiek mógł się nauczyć medycyny z książek i stosować ją w praktyce. Dziś wiedza ta jest tak ogromna, że musiano ją podzielić na wiele specjalizacji, podspecjalizacji. My, chirurdzy naczyniowi, jesteśmy jakby nadspecjalizacją chirurgii ogólnej. To powoduje, że pojedynczy lekarz nie jest w stanie ogarnąć całej wiedzy, aby móc podejmować decyzje w pełni zgodne z osiągnięciami nauki. Nie sposób uczestniczyć we wszystkich kongresach, przeczytać wszystkie publikacje naukowe, których tylko w Polsce ukazują się setki, nie mówiąc o publikacjach światowych. Zebranie różnych specjalistów pod jednym dachem i możliwość wielospecjalistycznego spojrzenia na danego pacjenta daje szansę podjęcia decyzji najkorzystniejszej dla chorego. Dlatego takie centra, skupiające specjalistów zarówno inwazyjnych, jak i nieinwazyjnych, czyli kardiologów, neurologów, diabetologów, internistów, będą potrafiły dać pacjentowi największą szansę przeżycia tak traumatycznego zdarzenia, jakim jest spotkanie z chirurgią. Bo nawet tzw. zabiegi mało inwazyjne obarczone są komplikacjami i nie można z góry założyć, że wszystko się uda. Bardzo zresztą nie lubię w medycynie słowa "uda się". Zdarza się bowiem, że choć wszystko jest dobrze zaplanowane, poparte ogromną wiedzą, czasami przychodzą powikłania i pacjent musi być odpowiednio przygotowany, by przeżyć takie trudne chwile.

Stąd właśnie ta idea tworzenia centrów, w których odpowiedzialność za przygotowanie pacjenta do zabiegu będzie efektem zbiorowego wysiłku kilku specjalistów z różnych dziedzin, aby uzyskać jak najlepszy rezultat leczenia.

- Nie jest to idea nowa. Podobne centra tworzone są np. w Niemczech czy w Stanach Zjednoczonych. Także tu, w Krakowie, w Szpitalu Bonifratrów, który kilka lat temu przeprofilował się, nastawiając swą działalność głównie na kierunek naczyniowy, działa Regionalne Centrum Chorób Naczyń, dające pacjentowi kompleks usług medycznych w zakresie schorzeń naczyniowych.

- Tworzenie podobnych centrów w Polsce uważam za korzystne także dla Funduszu Zdrowia, gdyż wszelkie konsultacje będą mogły odbywać się na miejscu, od razu też będą mogły być podejmowane, niejako komisyjnie, decyzje dotyczące wyboru najkorzystniejszych dla pacjenta procedur leczenia. Głos decydujący powinien oczywiście należeć do chirurga naczyniowego, który ostatecznie zadecyduje o zakwalifikowaniu pacjenta do odpowiedniej procedury leczniczej, a więc do leczenia zachowawczego, interwencyjnego, wewnątrznaczyniowego bądź też operacyjnego.

W jaki sposób zwykły człowiek będzie mógł trafić do takiego centrum? Ta droga wydaje mi się niezwykle odległa.


- Są tworzone programy badań obejmujące grupy ludzi od dziecka narażonych na pewne schorzenia z racji uwarunkowań genetycznych czy rodzinnych, bądź też ludzi z możliwością schorzeń związanych z wiekiem, jak np. miażdżyca. Takie wyselekcjonowane grupy są odpowiednio prowadzone i badane pod kątem zagrożeń - od precyzyjnych badań genetycznych po najprostsze, możliwe do wykonania w każdym gabinecie lekarskim. Uważam, że każdy pacjent powinien mieć pakiet badań wykonywanych z racji zdarzeń, które w nieodległym czasie mogą u niego wystąpić. I tak, jeśli chodzi o miażdżycę, każdy pięćdziesięciolatek powinien być przebadany pod kątem chorób naczyń. Jeśli okazałoby się, że jest zagrożony miażdżycą, powinien dostać się do wyselekcjonowanej grupy i być stale pod kontrolą lekarza. Przy czym naturalnie nic w medycynie nie da się podzielić, zaszufladkować. Człowiek zawsze pozostanie całością i tak należy na niego patrzeć. Wąska specjalizacja, wymuszona niejako postępem wiedzy i techniki medycznej, sprawia, że lekarz specjalista w jednej dziedzinie, niekiedy nie widzi zdarzeń, które mogą być obok.

Czyli taka jest cena postępu w medycynie i pewnie w ogóle w życiu.


- Niewątpliwie, postęp pozwolił wydłużyć życie ludzkie, zmienił komfort naszego życia. Kiedyś oglądałem wykres obrazujący techniczny postęp ludzkości w ciągu dziejów - i tak najpierw punkty graniczne znajdowały się co kilka tysięcy lat, potem co kilkaset, wreszcie co kilkadziesiąt w wieku pary i elektryczności, a dziś nawet na bardzo dużej skali nie potrafilibyśmy zmieścić owych kamieni milowych. Jest ich tak wiele i tak szybko przybywają nowe. Nie jestem jednak pewien, czy to wszystko jest dla człowieka takie dobre. Ja sam bardzo żałuję, że mam tak mało czasu. Niewątpliwie wynika to z moich funkcji, ale także z konieczności stałego uczenia się, wykonywania zawodu lekarza i jednocześnie naukowca. Czasem żałuję, że nie żyję w dawniejszych czasach, kiedy Pan Bóg wyłączał światło i można było usiąść przy kominku.

Podczas swego wykładu powiedział Pan, że lekarz ma leczyć nie obraz radiologiczny choroby, tylko żywego człowieka.


- Każdy z nas, lekarzy, musi być w jakiś sposób humanistą i mieć w sobie tę ogromną wrażliwość na to, co się dzieje wokoło. Nie można pacjenta traktować jak przypadku chorobowego. Jeżeli lekarz nie ma w sobie tego ludzkiego ciepła i traktuje swój zawód wyłącznie jako źródło dochodu, to nie powinien być lekarzem. Poza tym my, lekarze, nic wielkiego nie zrobiliśmy. Z dziesiątek tysięcy schorzeń potrafiliśmy całkowicie wyleczyć zaledwie kilka, np. czarna ospa istnieje dziś jedynie w laboratoriach. Dlatego nie zadzierajmy nosa, bądźmy pokorni wobec ogromnych możliwości leczniczych samej matki natury, a także wobec ludzkiego cierpienia, ludzkich obaw, i starajmy się pomagać naszym pacjentom najlepiej jak potrafimy.

Wywiad ukazał się na łamach "Dziennika Polskiego".
 

Najważniejsze informacje

ATD-MED Lancet

ul. Bulwar Ikara 16
54-130 Wrocław

Rejestracja telefoniczna

pon-czw od 16 do 18

pod nr tel 71 788 70 18